Jest takie miejsce w okolicy mojej miejscowości, do którego jeżdżę wyjątkowo często. To rozległy teren. Plaski, z niewielką ilością lasów. Przede wszystkim są to łąki. Na tym terenie są miejsca, w których rozglądając się naokoło nie można dostrzec niczego wykonanego ręka człowieka. Czysta natura w najlepszym wydaniu. Jadąc tam rowerem po drodze mijam wiele zwierząt. Często mijają mnie tuz obok. Dziki, sarny, orzeł nad głową.
Pamiętam dwie szczególne sytuacje związane z takimi zwierzętami. Pierwsza to historia o sarence. Malutkiej, z jakiegoś powodu porzuconej przez matkę. Zamieszkała w rowie obok kanału. W szczerym polu. Widywałem ja, co parę dni. Nie pomagałem ani nie przeszkadzałem. Po prostu obserwowałem. Miło było widzieć jak rośnie aż w końcu dorasta i znika w lesie. Druga sytuacja to taniec orłów na wietrze. Stałem chyba z godzinę obserwując jak potrafią się bawić, gonić, uczyć technik lotu. Świat zwierząt jest jednak niezwykły. Jego obserwacja wzbogaca i uczy.
Dlatego jak najczęściej staram się jeździć w takie miejsca. Wracam spokojniejszy i zmotywowany do pracy zawodowej.
Rowerem jeżdżę od wielu lat. Ale dopiero teraz trafiłem na bardzo długą i ciekawą drogę przez okoliczny las. Właściwie powinienem powiedzieć kompleks leśny, gdyż rodzaj drzew zmienia się, co jakiś czas. Teren jest po prostu zachwycający. Nie ukrywam, gdy jechałem tam po raz pierwszy byłem po prostu wystraszony. Zdawałem sobie sprawę, że jestem absolutnie sam w lesie.
Do najbliższych siedzib ludzkich mam jakieś trzynaście kilometrów. Jeśli coś się stanie mogę liczyć tylko i wyłącznie na siebie gdyż nawet telefon komórkowy w tym miejscu nie działał. Ale pomyślałem sobie, to idealna chwila na sprawdzenie swojej odwagi i umiejętności radzenia sobie w każdych warunkach. Dlatego nie bez obaw, ale ruszyłem dalej. Przejechałem cały wielokilometrowy las ani razu się nie gubiąc. Zaznaczę, że korzystałem z oznaczeń na słupkach granicznych sektorów leśnych. Teraz jeżdżę na takie wycieczki na bieżąco. Zaczęło mi się to podobać.
Walka z samym sobą, ze strachem i zmęczeniem. Czasem naprawdę czuje się zwycięzcą.
Jednym z najbardziej nietypowych miejsc, które udało mi się zobaczyć jeżdżąc rowerem była stodoła. Może to dziwnie brzmi, ale taka jest prawda. Stodoła była bardzo duża i charakterystyczna. Wyróżniała ja to, że była fragmentem drogi prowadzącej do jednej z wsi w okolicach Leszna. Nie przejeżdżało się obok tej stodoły, ale w środku. Trzeba było przejechać przez całą jej długość. To było ciekawe doświadczenie również z innego powodu. Stodoła miała okna a właściwie puste miejsca, w których kiedyś te okna były. Więc była bardzo jasna.
Dodatkowo przez te otwory można było spojrzeć na ciekawa panoramę tych okolic. Był to teren polodowcowy, pełen pagórków, Dodatkowo trafiłem tam w okresie kwitnienia rzepaku. Żółte pole rzepaku kontrastujące z zielenią łąk i do tego pofałdowana okolica to było to. Aż żałowałem, że nie wziąłem aparatu. Teraz wracam tam regularnie. To miejsce jeszcze mi się nie znudziło. Oczywiście mam kolekcje zdjęć z tych okolic.
A jedno z nich jest nawet tapeta na moim komputerze.